Kibole a sprawa Polska

Podczas pierwszego dnia szkoły zrozumiałem, że stadionowa przemoc jest także efektem państwowej indoktrynacji i to w indoktrynacji w najdostojniejszym, galowym wydaniu. Druga, mroczna strona naszej chwalebnej historii ma więcej wspólnego z uroczystymi akademiami niż mogłoby się wydawać.

JW: 1 września wysłuchałem w szkole podstawowej pewnej piosenki, która powstała koło 16 lipca 1797 roku we włoskim miasteczku Regio nell Emilia. Była stworzona dla żołnierzy, więc się ją raźno śpiewało w kłusie. Smętne intonowanie na baczność powoduje, że rytm "Mazurka Dąbrowskiego" jest jakby taki nijaki, smętniejszy, leniwy. A to piosenka o przyszłej bitce. Śpiewano ją więc podczas wszystkich konfliktów zbrojnych.



MsH: Bo rzadko dziś się wykonuje mazurka energicznie, odważnie - częściej z wzmożoną powagą, półgębkiem, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Dobrze więc, że chociaż w tekście została siła i wiara.

JW: Właśnie - to przecież niezwykle silna pieśń, która zresztą jest podstawą paru innych hymnów. Sam nie umiem powstrzymać dziwnego wzruszenia, które wzbiera, kiedy zabrzmią pierwsze nuty. Jest jednak z mazurkiem pewien problem – to piosenka o przemocy. Gloryfikująca przemoc. Robiąca z wszystkich Polaków żołnierzy. Jeśli naprawdę miałbym wziąć ją sobie do serca, to główna rzecz, którą mamy celebrować, jest odbijanie ciosów szablą. Dlatego w naszym pomnikowym poczcie pełno jest królów z szablami (choćby w Warszawie), a weźmy na przykład Czechów - mają w Pradze pomnik króla z dokumentem.

MsH: A sama szabla kojarzy się przecież ze szlachecką bitką, nie ma w niej dostojności, namysłu, są: impulsywne rozmachy, zamachy, wymachy...

JW: Pierwsza zwrotka jest o odbijaniu szablą tego, co nam obca moc wydarła. Mamy w Polsce więcej ulic pod patronatem Piłsudskiego niż Dmowskiego - w przestrzeni miejskiej marszałek zwycięża polityka, który negocjował skutecznie w Wersalu. Gdyby nie dyplomatyczny sukces, marszałek nie wróciłby w chwale do kraju, tylko siedział w Magdeburgu. Zapewne do śmierci.

MsH: Refren hymnu też jest dynamiczny i daje nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Z drugiej strony wskazuje, że ciągle musimy skądś do tej Polski wracać, bo nas od niej oderwano i łączność z macierzą trzeba odzyskać.

JW: Refren jest o powrotnym marszu żołnierzy oderwanych od narodu. Jest więc, jak powiedziałaś, jakiś podział, jakiś naród, z którym trzeba się łączyć, bić się, żeby stać się narodem, tymi Polakami . Dzisiaj ten naród stał się osobnym bytem, który można obrażać, albo być z niego wykluczanym. Dla Ojczyzny nie pracujemy, tylko rzucamy się przez morze, by ją ratować. Dlatego czas kryzysu to wielkie wzloty polskości, piękno, bohaterstwo, wartości. Niech no tylko nastanie pokój, zaraz jest zamach majowy, Bereza itd. Jeśli nie trzeba ratować, nie ma co opuszczać swojego grilla. Oto czemu ratowanie Polski przez Kaczyńskim czy przed Tuskiem jest takie modne, zwłaszcza gdy się strony z narodu wzajemnie powykluczają.

Dalej w hymnie jest o Bonapartem, który nie jest przykładem wirtuoza negocjacji. W oryginale zgoda narodowa wytwarza się przez wzięcie pałasza przeciw Rosji i Niemcom, co było ówcześnie zrozumiałe, przytomnie jednak tej zwrotki się oficjalnie nie śpiewa.

Potem następuje ojciec, który się wzrusza, gdy nasi biją w bębny wojenne. Mało kto wie, co to są te tarabany, ale ojciec płacze, bo nasi kogoś tam biją. Najpierw się szablą odbiera, by się złączyć z narodem, potem się zwycięża jak Bonaparte, ojczyznę się ratuje rzutem przez morze, a jak kto stary czy płci odmiennej, to przynajmniej kibicuje.

MsH: I tu docieramy do sedna - serca kibica.

JW: Przy takim zestawie postaw w najważniejszej polskiej pieśni narodowej nie dziwię się, że gloryfikowanie siły i pałasza wśród kibiców oraz natchnione wzruszenie (tak to nazwijmy na potrzeby naszej rozmowy), kiedy się słyszy bębny meczowe, jest silniejsze niż rozsądek młodzieńców. Od maleńkości im się wmawia, że bić się trzeba, żeby być Polakiem. Zwłaszcza z innymi narodami, choćby z Meksykanami, gdy ne ma złych sąsiadów. I nawet jeśli się zdaje, że oni nie słuchają, to i tak w głowach i sercach zostaje z pieśni więcej niż z przemówień kolejnych dyrektorów kolejnych szkół.

MsH: Być może jest trochę logiki w tym, że miasto Gdynia płaci klubowi Arka Gdynia za promocję ponad 2 mln zł - warto mieć kibiców po swojej stronie i wykorzystać ich miłość do Heimatu, także mamy w tym wypadku do czynienia z umiejętnym przechwyceniem tych, co szablą, pałaszem czy łańcuchem od emzety chcą odbijać i się z narodem łączyć.

JW: A więc powstańcy, a nie odbudowujący; kosynierzy nie prawnicy, konfederacja barska a nie warszawska. Bijąc się, ratujemy ojczyznę. Nie bijąc się, jesteśmy niedołęgami i Polska z nas dumna nie będzie. A kto siedzi w bibliotece, ten zbuk!

MsH: Jeśli siedzi i czyta romanse, to zapewne masz rację. Ale nie wydaje mi się, żeby sama zmiana hymnu wystarczyła do rozwiązania problemu. Szwajcarzy rozpisali konkurs na nowy hymn, który będzie się odwoływał do aktualniejszych niż Bóg wartości (solidarność, demokracja), można nawet zaproponować własną melodię. Nie wiem tylko, czy gdyby polska nowa wersja była pieśnią o miłości, dobru i płaceniu podatków (wykonanie np. Edyta Górniak; muzyka: Piotr Rubik), to kibice pokochaliby fiskusa. To się chyba aż tak prosto nie dzieje. Ja tam wolę tarabany i Czarneckiego. Przynajmniej odświeżam sobie historię.

JW: Właśnie - historię wojen. Szwedzkich i Napoleońskich. Czyli było nie było w sumie porażek. Kibic też ostatecznie przegrywa z policją. I to jest chyba najbardziej romantyczne.
Trwa ładowanie komentarzy...