O autorze
Specjalista od retoryki i narracji a także od pokrętności naszej kultury. Pracuje z: ludźmi reklamy i marketingu w zakresie narracji popkulturowych, z prawnikami, politykami oraz tzw. zarządami na polu wystąpień publicznych. W czasie drugich śniadań tłumaczy i pisze książki: ma za sobą Storytelling, Retorykę dominacji, a przed sobą Retorykę narracji. Na Uniwersytecie Warszawskim jest kierownikiem specjalności "Dokumetalistyka".

Ms Highway:
Uważna obserwatorka, która potrafi dostrzec wymiar polityczny w gastronomii i modzie, gdyż zna wagę różnych interesów. Na co dzień pracuje w mediach, a po godzinach to analizuje, co prowadzi do dziwnego rozdwojenia końcówek jaźni.

Tomasz w jaskini leminga

Tomasz Terlikowski zdradził. Zdradził niebiegających. Teraz już nikomu nie można ufać. Bardzo lubię Tomka i zastanawiam się, co go do tego pchnęło? Jeśli ideologia, to pewnie dał przykład marszobiegu, który kto powinien, w lot pochwyci. Po co więc mogą biegać mohery?


Ms. Highway
: Opozycja niebiegaczy powoli się wykrusza. Myślę, że przejście Tomasza Terlikowskiego na dynamiczną stronę mocy jest znakiem, że Wasz czas dobiegł końca i już wkrótce - aż boję się to powiedzieć - może nawet Ty zaczniesz truchtać ukradkiem i po ciemku. Wydajesz się tym wszystkim zaskoczony, zdezorientowany... nieraz powoływałeś się na postawę Tomka jako argument za tym, że intelektualista nie musi się pocić bez celu, żeby udowodnić swoją wartość...
Jacek Wasilewski:
Pierwsza sprawa, żaden szanujący się publicysta teologiczny nie biegał. Nie biegał ani święty Paweł, ani Tertulian, ani św. Stefan. Paweł drałował na osiołku, Tertulian dumnie kroczył, a Stefan oczywiście używał konia. Gdyby Tomasz napisał: przedreptałem na osiołku 6 km. Albo: galopowałem do "Lidla" po świece urodzinowe dla dziecka. Albo chociaż: wkroczyłem do pasażu ursynowskiego. Ale nie. Biegł.
MH: No wiem, że Ci przykro. Mimo różnic ideologicznych zawsze się pięknie różniliście w tych akademickich dyskusjach. Z wdziękiem pławiłeś się w scholastycznych meandrach.
JW: Biegnie nie przystoi żadnemu majestatowi. Kojarzy się z biegunką i pośpiechem. Biegają słudzy i kurierzy. Albo lemingi, którzy pędzą gdzieś na skraj przepaści, by tam fiknąć w dół oceanu. Mam nadzieję, że Tomasza żadna przepaść nie woła. Ale skoro już biega, to zapewne nie naśladuje lemingów, grzechu nieumiarkowania w jedzeniu nie praktykuje, a na powłokę swoją zewnętrzną uwagi nie zwraca w pychę nie chcąc się wbijać - musi być w tym zatem większy ideologiczny zamysł.
MH:
I tu się zgadzamy. To nie może być zwykłe bieganie. Biegnąc na nasze spotkanie zrobiłam notatki i mam parę przykładów, które pomogą rozgryźć szaleńczy bieg naszego Katona:

Powód 1. Trening przed pielgrzymką i marszem


JW:
Przekombinowane. Tak myśli leming, który jest racjonalny, nie zwraca uwagi na szlachetność, która bierze się z cierpienia. Ponieważ pielgrzymka ma być umartwieniem, dlatego idzie się na kolanach, łachmaniąc spodnie i w ogóle ma nie być zbyt przyjemnie, bo inaczej się nie liczy. Inaczej można by przyjechać autobusem zamiast iść.
Tak więc trening przed pielgrzymką z ideologicznego punktu widzenia nie ma sensu, natomiast przed marszami jak najbardziej. Jeśli marszy miałoby być więcej, wówczas warto je robić szybciej. Czyli wystartować z jednego miejsca, powiedzmy z Pl. Trzech Krzyży, biegiem na Plac Zamkowy, tam mowa, potem na lotnisko, w samolot i to samo we Wrocławiu albo w Skierniewicach. To miałoby sens, gdyby nie fakt, że we Wrocławiu taki marsz byłby bez sensu, bo tam nie ma telewizji ogólnopolskiej telewizji, tylko regionalne. Wygodniej w Warszawie. Tak więc ogólnie hipoteza jest słaba.





Powód 2. Żeby móc dogonić leminga i go ewangelizować

JW: Jest coś na rzeczy. Na osiołku co prawda i szybciej, i bardziej spektakularnie i z tradycją, co konserwatystom przypadłoby do gustu. Być może sprzedaż bezpośrednia byłaby lekarstwem na spadek sprzedaży "Gazety Polskiej Codziennie", która to niestety spadła o 2,5 tys. egz. już w drugim miesiącu ukazywania się tytułu. Liderem pozostaje wredny "Fakt" (368 422 egz.), choć jego sprzedaż też też spadła w stosunku do tłustego roku poprzedniego o 10,3 proc. Potem wredna "Gazeta Wyborcza" (298 211 egz.), na szczęście też spadła o 10,8 proc., a trzeci ohydny "Super Express". "Rzepa" dopiero na 4. miejscu. Jakby tak gonić leminga i przez 6 km nawijać mu o tym i o owym w "Gazecie Polskiej Codziennie", to naprawdę nawet na odczepnego wiele osób by zaprenumerowało. Albo - co jest całkiem niezłe w dobie internetowej anomii - dziennikarze włączając się w biegi mogliby sobie tweetować (ćwierkać) skróty swoich artykułów podczas biegania. Tu ćwierk, tam ćwierk, aż cały park rozbrzmiewa, co tam w "Gazecie Polskiej" piszczy! Bieda by tam już nie piszczała, o nie!

Powód 3. Żeby wybiegać grzeszne myśli, bo jak się jest zmęczonym, to się szybciej idzie spać


JW: Ponieważ w przypadku Tomasza, jak wynika z jego ćwierków, strach przed grzesznymi myślami nie istnieje, bo wszelkie myśli o pomnażaniu szeregów tych, co to będą narodowi naszemu zapewniać emerytury, są zbożne, toteż na pewno nie o to chodzi. To byłoby wbrew racji stanu.
Dla racji stanu można nawet ścierpieć rację stanika. Słaby to żart, ale jakoś mi tu pasuje.

Powód 4. Żeby dogonić rozbiegające się dzieci


JW: Tu widzę sens nareszcie w kwestii biegania. Rozbiegające się dzieci na prawo i lewo (żeby jeszcze tylko na prawo, to dałoby się ścierpieć) mogą stanowić nie lada problem. Ja osobiście rozwiązałem ten dylemat za pomocą owczarka. Mój owczarek jest walijskim owczarkiem i nie da się dzieciom rozbiec, utrzymując stadko w alfabetycznym porządku. Ale rozumiem, że można i samemu, żeby zwierząt nie męczyć. No i pies też nie jest dobrym dla chrześcijan symbolem: według legendy Faust posiadał wielkiego czarnego i kudłatego psa o ognistych ślepiach i w ogóle rzucało się na psa urok, więc lepiej samemu gonić. Ponieważ dzieci biegają same z siebie, z radości, i to nie dlatego, że są Polakami, tylko dlatego, że fajnie machać nogami w te i we w te, więc ta hipoteza wydaje się przyzwoita. By rodzinne stadko utrzymać w jednym kierunku - bieganie czas zacząć.

Powód 5. Żeby mieć powód do wyjścia z domu

JW:
To byłoby banalne, ale z drugiej strony ja bym to rozumiał: jeśli zacznie się czytać dzieciom, po kolei, dla każdego lekturę dostosowaną do wieku, a po pierwszym czytaniu przed nami ustawia się kolejka, to bym się nie zdziwił. Ale po cóż wtedy biegać? Można po prostu iść do knajpy się napić w intencji jakiegoś dobrego uczynku czy hossy na giełdzie zbożowej w Etopiii. Ale biegać? Niedobra hipoteza.

Powód 6. Żeby mieć o czym pisać na Twitterze.

JW:
E, to byłaby zwykła pycha, za to jest paręset lat czyśćca. Podobnie naraziłby się podejmując ryzyko chwalenia się na swoim blogu, że w Na temat o nim napisali. Nie, chwalenie się to najgłupszy z pomysłów, jaki można by tu przywołać.

Powód 7. Żeby sprawdzić czy maraton jest trudniejszy niż trwanie w Panu

JW:
I to jest całkiem dobre. Podczas maratonu jest tyle pokus: po pierwsze, żeby stanąć odpocząć; po drugie: żeby skrócić drogę, po trzecie, żeby podciąć nogi tego, co przed nami... A ludzie mimo to trwają, męczą się, dręczą się, katują się, sapią, dyszą... Jest w tym ani chybi jakaś adrenalina jakieś uzależnienie, jak powiada Piotr Pacewicz. A zatem - Tomasz niczym Daniel wszedł do jaskini lwa, w której czyha zalew endorfin. Wy myślicie - uzależni się. A ja wierzę, że jest w stanie rzucić to w diabły, pokazać, że żadne ziemskie działanie go nie trzyma, nie zniewala. Pokaże, że potrafi - i z hukiem się wyrzeknie. Brawo, to byłoby coś wielkiego. To byłaby siła. Powiedzieć - mogę biegać tu i ówdzie! Ale to głupie. I wsiąść jak człowiek do autobusu. I majestatycznie zniknąć za rogiem.
Trwa ładowanie komentarzy...